No więc jesień zaczyna umilać mi myślenie o naszych tegorocznych, wyczekanych wakacjach. No ale to dopiero w listopadzie..
W związku z tym, że listopad to raczej zimny miesiąc, a ja we wrześniu ani w październiku urlopu nie dostanę- to zastanawialiśmy, gdzie pojechać. Najfajniej to by było w jakieś ciepłe miejsce, niż w słotę i zimno...
Nasza ukochana Teneryfa - owszem, nadawałaby się, ale może na razie damy sobie spokój, byliśmy tam 2 razy w ciągu ostatnich 5 lat... Egipt, Tunezja itp odpadają, bo na razie nie jest tam jeszcze zbyt bezpiecznie.
No i tak rozmyślając przyszła nam do głowy Floryda. Wiem, że w listopadzie jest tam ciepło, byłam w okresie Thanksgiving (czyli na koniec listopada praktycznie) i opalałam się z koleżanką na plaży w Miami, więc- dlaczego nie? Wiza moja wciąż ważna a S. jako Włoch wizy nie potrzebuje (a raczej potrzebuje wypełniony elektronicznie formularz). Sprawdziliśmy ceny biletów lotniczych i... zdecydowaliśmy na TAK!! Już się nie mogę doczekać!!!! :)))
To pierwsza wizyta S. w Stanach, no a moja to już będzie czwarta. Planujemy Miami i Key West a potem na koniec kilka dni w NYC (stamtąd wracamy do Rzymu). Co prawda w każdym z tych miejsc już byłam, ale bardzo mi się tam podobało a za Nowym Jorkiem to można powiedzieć, że tęsknię.... Uwielbiam to miasto, pokochałam je od pierwszego wejrzenia w 2002r. Jest takie pełne życia, ruchu, kolorów, ludzi... Nie to, co Waszyngton - dostojny, z wielkimi, pustymi przestrzeniami i przysadzistymi budynkami (co tez ma oczywiście swój urok i mi się podoba, ale wolę NY). Już widzę siebie, jak znowu stoję na Times Square z tym głupawym uśmieszkiem na twarzy ;-)
Bardzo bym chciała jechać też do Waszyngtonu, tyle czasu tam przeżyłam, mam tylu przyjaciół, których bym chciała zobaczyć, ale zabraknie nam czasu.. Musimy to podzielić na dwa razy.
Tak więc palcem po mapie jeżdżę sobie, a raczej na google street view siedzę i podróżuję tak na razie. I zaglądam do sklepów internetowych i listę robię rzeczy do kupienia. I śmieję się do strony Yankee Candle i Bath & Body Works. I ślinię się na smak Twizzlers, penanut butter Reeses, Aldoits cynamonowych no i innych odmian Oreo:) I odliczam dni...
W Miami zatrzymamy się u mojej koleżanki, na Key West mamy już hotel, jeszcze tylko szukamy czegoś w NY - niezbyt drogie. Ktoś zna może?
Life
poniedziałek, 23 września 2013
piątek, 6 września 2013
Jesień, lato...
Od kilku dni smuteczki mnie łapią, smutno mi, bo lato ucieka. Jakoś w tym roku wydaje się, że przeleciało przez palce, tak szybko - przez to, ze tylko 1 dzień w tyg miałam wolne, reszta w pracy...
Nigdy nie lubiłam września, gdy mieszkałam jeszcze w Kołobrzegu, był to najgorszy dla mnie miesiąc w roku. W takim małym mieście, jak Kołobrzeg strasznie odczuwało się koniec sezonu - gdy nagle plaże i ulice robiły się puste, zamykano większość dyskotek do następnego lata, szybko się ochładzało. Miałam praktycznie depresję, płakałam i nienawidziłam końca lata...
Gdy przeprowadziłam się bardziej na południe- do Wrocławia, nie odczuwałam aż tak bardzo tego smutku, bo właśnie od września zaczynało się życie, zaczynali zjeżdżać się studenci na nowy rok akademicki, puby i dyskoteki pękały w szwach. Kochałam tą atmosferę!
We Włoszech jest jeszcze cieplej niż we Wrocku, praktycznie wygląda, jakby lato jeszcze się nie skończyło. Jest ok 25-27 stopni, w środę byliśmy jeszcze na plaży i jak dobrze pójdzie, to w nast tyg tęż pojedziemy:)
Dzieci zaczynają tu szkołę od 11 września (w każdym regionie Włoch jest inaczej), ale na ulicach zaczęły się już korki, a w sklepach kolejki..
No ale pomimo tych wysokich jeszcze temperatur i słońca - ja czuję, ze to koniec lata. Wieczory już chłodniejsze i ta ciemność rano i wieczorem! Ściemnia się już po 20!! :(
Przeraża mnie myśl o tym, że przed nami tyle ciemnych i długich miesięcy....
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Florencja
15 sierpnia jest we Włoszech święto, jak i w Polsce. Mój S. miał 4 dni wolnego, ja niestety musiałam pracować, ale udało mi się dostać 1 dzień wolnego akurat w tym czasie. Pojechaliśmy wiec w czwartek po mojej pracy na 1,5 dnia do Florencji do Toskanii.
Byliśmy tam o 17.00, wiec jeszcze dużo czasu do nocy i potem cały następny dzień. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano, bo na popołudnie musiałam być już w robocie.
Piękne miasto! Jedne z tych z włoską duszą, pełne charakterystycznych budowli i wąskich uliczek.
Byliśmy tam o 17.00, wiec jeszcze dużo czasu do nocy i potem cały następny dzień. Wyjeżdżaliśmy w sobotę rano, bo na popołudnie musiałam być już w robocie.
Piękne miasto! Jedne z tych z włoską duszą, pełne charakterystycznych budowli i wąskich uliczek.
Ponte Vecchio - czyli Stary Most, chociaż w polskich artykułach o Florencji tłumaczą to jako "Most Złotników". Pewnie dlatego, że jest pełen warsztatów jubilerów i złotników i pełny turystów, co chcą trochę złota kupić.
Do Katedry Santa Maria del Fiore niestety nie dostaliśmy się, bo kolejka była tak wielka, że zakręcała na końcu placu. Byłoby ze 3 godz stania... A mieliśmy ochotę wejść tez na wieżę, aby móc obejrzeć Florencję z góry.
Udało nam się jednak później po południu zobaczyć wszystko w dole - z jednego z ogrodów do zwiedzania.
![]() |
| Piękny widok! |
![]() |
| Ogromna kopia rzeźby Michała Anioła "David" przed wejściem do ratusza. |
Dużo pozwiedzaliśmy, ale dużo by opowiadać.
To, co dobre w Toskanii to też odmienna kuchnia, wiec jedliśmy w lokalnych, małych osteriach i trattoriach (typu gospoda, małe restauracje z prostym, domowym menu).
A gdy w jednej z uliczek zobaczyliśmy to miejsce z ogromną kolejką, od razu wiedzieliśmy, że to coś lokalnego i dobrego! :)
Staliśmy w kolejce 20 minut, ale warto było!
Na miejscu robią takie niby kanapki - z białej pizzy, przekrawanej na pół. Można wybierać sobie rodzaj sera, rodzaj wędliny, do tego różne rodzaje dodatków, jak pasty do smarowania, warzywa itp.
Ja wybrałam salami toskańskie z nasionami kopru włoskiego (taki niby posmak anyżowy), z serem podwędzanym, z pikantną pastą z papryki czerwonej i z pieczonym bakłażanem i cukinią. Niebo w gębie!
To, co tez mi się w Toskanii podoba, to inny akcent. We Włoszech akcent zmienia się w zależności od regionu i nawet trudno to nazwać innym akcentem- raczej to po prostu inny dialekt, gwara. W Toskanii czasami miałam problem ze zrozumieniem Toskańczyków. Np nie wymawiają oni głoski "k" (pisanej u nich "c", "ch"), tylko wymawiają to jako właśnie "h", więc każdy wyraz brzmi całkowicie inaczej. Np. słowo "amica", które wymawia się jako "amika", brzmi "amiha". Bardzo mi się to podoba! :)
Niecałe 2 dni to za mało, aby zobaczyć wszystko, ale lepsze to niż nic, a nie tak daleko od Rzymu - bo tylko 270 km. Musimy jeszcze kiedyś tam wrócić.
PS. Klikając na zdjęcia - można je powiększyć.
środa, 14 sierpnia 2013
Leniwie, letnio
Lato płynie leniwie, w tym roku jest wyjątkowo gorąco.
Wyczekuję od środy do środy, aby choć tyle mieć z tego lata i poleżeć na plaży, bo w pozostałe dni siedzę w robocie.
Mija właśnie rok od.... a w mojej głowie wspomnienia szczęścia przeplatają się ze wspomnieniami smutku. I chcę w końcu zamknąć ten rozdział, nie rozpamiętywać, nie myśleć, ile to już by było miesięcy, jakby to było itp, itd. Nie chcę co miesiąc mieć nadziei, ze może jednak... a potem się rozczarować.. Chciałabym wyrzucić to z mojej głowy i cieszyć się codziennością a może któregoś dnia być miło zaskoczoną i szczęśliwą... Ale to tak ciężko...
Staram się od czasu do czasu doznać czegoś miłego, jak np wizyta w Muzeum Watykańskim. Byłam w lipcu - w końcu - bo pod choinkę dostałam od mojego S. wycieczkę z przewodnikiem, bez kolejki do muzeum. To było zawsze moje marzenie, a że on był już kilka razy (wiadomo, żyje w Rzymie od urodzenia), to zabrałam koleżankę. Pięknie było i chcę jeszcze wrócić, bo muzea są ogromne!!! Jest tam tyle do zobaczenia, a nie przy wszystkich miejscach był czas na zatrzymanie się, wiadomo - z przewodnikiem jest ciekawie, bo opowiada o różnych rzeczach, ale też wybiera on to, co ma w programie a nie to co akurat podoba się bardziej jednej osobie z grupy. Dlatego muszę wrócić jeszcze raz, co już zapowiedziałam S. :)
Pod koniec lipca byłam na koncercie Depeche Mode na stadionie w Rzymie! (też prezent od S.) Ehhh... to dopiero było przeżycie! Byłam na ich koncercie kilka lat temu w Warszawie, też było fajnie. Tym razem miałam super miejsce - siedzące, ale naprzeciwko sceny i w niższych rzędach.
Atmosfera była super! I echhh, te ich kawałki!! Wolę oczywiście te starsze, bo przypominają mi tyle wydarzeń z mojego życia- kiedyś byłam ich wielką fanką, ubierałam się w spodnie, ciężkie buty i skórę. Byłam nawet kiedyś na zlocie fanów DM w Zielonej Górze :)
Wybawiłam się, wyśpiewałam, zrelaksowałam. Cudnie było!
Wyczekuję od środy do środy, aby choć tyle mieć z tego lata i poleżeć na plaży, bo w pozostałe dni siedzę w robocie.
Mija właśnie rok od.... a w mojej głowie wspomnienia szczęścia przeplatają się ze wspomnieniami smutku. I chcę w końcu zamknąć ten rozdział, nie rozpamiętywać, nie myśleć, ile to już by było miesięcy, jakby to było itp, itd. Nie chcę co miesiąc mieć nadziei, ze może jednak... a potem się rozczarować.. Chciałabym wyrzucić to z mojej głowy i cieszyć się codziennością a może któregoś dnia być miło zaskoczoną i szczęśliwą... Ale to tak ciężko...
Staram się od czasu do czasu doznać czegoś miłego, jak np wizyta w Muzeum Watykańskim. Byłam w lipcu - w końcu - bo pod choinkę dostałam od mojego S. wycieczkę z przewodnikiem, bez kolejki do muzeum. To było zawsze moje marzenie, a że on był już kilka razy (wiadomo, żyje w Rzymie od urodzenia), to zabrałam koleżankę. Pięknie było i chcę jeszcze wrócić, bo muzea są ogromne!!! Jest tam tyle do zobaczenia, a nie przy wszystkich miejscach był czas na zatrzymanie się, wiadomo - z przewodnikiem jest ciekawie, bo opowiada o różnych rzeczach, ale też wybiera on to, co ma w programie a nie to co akurat podoba się bardziej jednej osobie z grupy. Dlatego muszę wrócić jeszcze raz, co już zapowiedziałam S. :)
Najbardziej zaskoczyła mnie sala "Sobieski". Wchodzimy a tam - dzieło Matejki - "Bitwa pod Wiedniem"!
Pod koniec lipca byłam na koncercie Depeche Mode na stadionie w Rzymie! (też prezent od S.) Ehhh... to dopiero było przeżycie! Byłam na ich koncercie kilka lat temu w Warszawie, też było fajnie. Tym razem miałam super miejsce - siedzące, ale naprzeciwko sceny i w niższych rzędach.
Atmosfera była super! I echhh, te ich kawałki!! Wolę oczywiście te starsze, bo przypominają mi tyle wydarzeń z mojego życia- kiedyś byłam ich wielką fanką, ubierałam się w spodnie, ciężkie buty i skórę. Byłam nawet kiedyś na zlocie fanów DM w Zielonej Górze :)
Wybawiłam się, wyśpiewałam, zrelaksowałam. Cudnie było!
Etykiety:
prywatnie,
Rzym,
Watykan,
wspomnienia
Lokalizacja:
Roma, Italia
środa, 31 lipca 2013
Air Babylon
Pamiętacie, jak pisałam kiedyś o wspaniałej książce "Hotel Babylon", przedstawiającej sekrety pracy w hotelu opowiadane z punktu widzenia pracownika?
Skończyłam właśnie inną z tej serii, "Air Babylon" - teraz o lataniu, jako że bardzo lubię latać i nie boję się- musiałam odkryć, co się kryje "na zapleczu".
Tym razem praca na lotnisku i w samolocie opowiadana jest przez Duty Manager jednej z kompanii lotniczych. Opowiada on o tym, że np takie stanie w kolejce do check-in może być naszym "być albo nie być" w trakcie dalszej podróży. Wiecie, że np pracownicy, którzy robią wam check in i znajdują miejsca w samolocie- jeśli będziecie jednymi z tych, co jęczą, kwękają i kręcą nosem, albo będziecie niemili dla nich- to znajdą Wam najgorsze miejsce w środku koło jakiegoś grubasa i małego dziecka, aby tylko się zemścić ;-)
Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile tajemnic skrywa lotnisko? Np takie sklepy duty free. Podobno niektóre z nich zmieniają wystawy 4 razy dziennie, w zależności, w jaką stronę świata są następne loty, aby tylko zmaksymalizować sprzedaż. Np wystawiają sandały na obcasie w kolorze złotym dla Arabów po południu, natomiast rano wystawiają niebieskie, zwykłe sandały, w których najczęściej podróżują Europejczycy....
Albo takie zagubione bagaże. Wiecie, że jeśli nikt się nie zgłosi po bagaż w ciągu 3-6 miesięcy, to potem jest on wystawiany na aukcję? I zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce kupić w ciemno naszą walizkę, która może był pełna brudnych majtek i skarpetek :)
Przepisy dotyczące uniformu i makijażu dla cabin crew są bardzo sztywne". Każda ze stewardess musi się malować w taki sam sposób, zakazane są tatuaże, percing, nadmiar biżuterii, niebieski lakier na paznokciach. Trzeba się czesać w określony sposób (włosy zawsze zebrane do tyłu albo krótkie). Zakazane są tez zbyt wyraziste kolory włosów, jak włosy ufarbowane na mocny rudy itp. Oczywiście ważny jest wzrost (nie mniej niż 165 cm) a niektóre linie lotnicze pilnują nawet wagi (podobno niektóre linie mają nawet znany program Weight Watchers do dyspozycji, aby tylko nikt nie przytył). Podobno też przed rozpoczęciem pracy sprawdza się tzw "znak majtek", czyli to, jak bardzo bielizna odznacza się pod spódnicą. Nie mogą być to oczywiście stringi lub koronki, w efekcie wiele stewardess lata bez bielizny (czy to prawda, nie potrafię odpowiedzieć:))
Obsługa samolotu dzieli pasażerów wg tzw "grup":
- najgorsza grupa to "księżniczki", które pytają zawsze o dodatkową poduszkę, koc od razu po wystartowaniu. Zawsze jest im za zimno albo za gorąco i ciągle proszą o zmianę temperatury w kabinie. Piją jakieś drinki i co chwilę spryskują się wodą termalną w sprau, bo przecież powietrze w samolocie jest suche. Do tego zadają wciąż pytania typu: dlaczego jeszcze nie wystartowaliśmy? Dlaczego mamy opóźnienie? Ile trwa lot? Dlaczego jeszcze nie dolecieliśmy?
Są dla obsługi jak wrzód na tyłku, i dlatego może się zdarzyć, ze umęczeni takimi paniusiami pracownicy dosypują do jedzenia np laxigen czy inny specyfik :)
- inna grupa to "obsesyjni kontrolerzy porządku". Mają wciąż wymagania dotyczące miejsca na płaszcz, przestrzeni na nogi, extra miejsca dla walizki, która jest hand-bag ale nie mieści się w schowku u góry. Obrażają się, gdy się ich prosi o wyłączenie laptopa czy telefonu i próbują ostentacyjnie używać ich do ostatniej minuty. Ignorują personel, gdy są to kobiety albo w ich mniemaniu geje. To właśnie taki typ wstaje zawsze pierwszy, gdy samolot jeszcze kołuje po lądowaniu, narzeka na jakość jedzenia i zawsze chce dodatkowy ser, bułkę itp gdy już wszystko zostanie rozdane pasażerom.
Łatwiejsi w obsłudze są:
-pary, które podróżują w jakieś wymarzone miejsce i próbują opowiadać o tym personelowi przez całą podróż,
-zakochani, którym jest wszystko jedno dokąd lecą aby tylko razem i którzy próbują uprawiać seks w łazience
- biznesmeni, którzy w samolotowym duty free kupują perfumy i od razu wręczają je w prezencie stewardesom
-młodzi rodzice, którzy się wstydzą, ze ich dziecko potrzebuje dodatkowego koca...
Są tez opowieści o tym, co się dzieje, gdy ktoś z pasażerów ma zawał serca w trakcie lotu, albo po prostu ktoś umiera, bo i takie rzeczy się zdarzają....
Generalnie to mogłabym opowiadać i opowiadać o tej książce, ale nie mielibyście już o czym czytać. A przeczytać warto, naprawdę!
A potem wybrać się w podróż na wakacje i inaczej patrzeć na tych wszystkich ludzi pracujących na lotnisku, przy bagażach, w samolocie itp...
Skończyłam właśnie inną z tej serii, "Air Babylon" - teraz o lataniu, jako że bardzo lubię latać i nie boję się- musiałam odkryć, co się kryje "na zapleczu".
Tym razem praca na lotnisku i w samolocie opowiadana jest przez Duty Manager jednej z kompanii lotniczych. Opowiada on o tym, że np takie stanie w kolejce do check-in może być naszym "być albo nie być" w trakcie dalszej podróży. Wiecie, że np pracownicy, którzy robią wam check in i znajdują miejsca w samolocie- jeśli będziecie jednymi z tych, co jęczą, kwękają i kręcą nosem, albo będziecie niemili dla nich- to znajdą Wam najgorsze miejsce w środku koło jakiegoś grubasa i małego dziecka, aby tylko się zemścić ;-)
Zastanawialiście się kiedykolwiek, ile tajemnic skrywa lotnisko? Np takie sklepy duty free. Podobno niektóre z nich zmieniają wystawy 4 razy dziennie, w zależności, w jaką stronę świata są następne loty, aby tylko zmaksymalizować sprzedaż. Np wystawiają sandały na obcasie w kolorze złotym dla Arabów po południu, natomiast rano wystawiają niebieskie, zwykłe sandały, w których najczęściej podróżują Europejczycy....
Albo takie zagubione bagaże. Wiecie, że jeśli nikt się nie zgłosi po bagaż w ciągu 3-6 miesięcy, to potem jest on wystawiany na aukcję? I zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce kupić w ciemno naszą walizkę, która może był pełna brudnych majtek i skarpetek :)
Przepisy dotyczące uniformu i makijażu dla cabin crew są bardzo sztywne". Każda ze stewardess musi się malować w taki sam sposób, zakazane są tatuaże, percing, nadmiar biżuterii, niebieski lakier na paznokciach. Trzeba się czesać w określony sposób (włosy zawsze zebrane do tyłu albo krótkie). Zakazane są tez zbyt wyraziste kolory włosów, jak włosy ufarbowane na mocny rudy itp. Oczywiście ważny jest wzrost (nie mniej niż 165 cm) a niektóre linie lotnicze pilnują nawet wagi (podobno niektóre linie mają nawet znany program Weight Watchers do dyspozycji, aby tylko nikt nie przytył). Podobno też przed rozpoczęciem pracy sprawdza się tzw "znak majtek", czyli to, jak bardzo bielizna odznacza się pod spódnicą. Nie mogą być to oczywiście stringi lub koronki, w efekcie wiele stewardess lata bez bielizny (czy to prawda, nie potrafię odpowiedzieć:))
Obsługa samolotu dzieli pasażerów wg tzw "grup":
- najgorsza grupa to "księżniczki", które pytają zawsze o dodatkową poduszkę, koc od razu po wystartowaniu. Zawsze jest im za zimno albo za gorąco i ciągle proszą o zmianę temperatury w kabinie. Piją jakieś drinki i co chwilę spryskują się wodą termalną w sprau, bo przecież powietrze w samolocie jest suche. Do tego zadają wciąż pytania typu: dlaczego jeszcze nie wystartowaliśmy? Dlaczego mamy opóźnienie? Ile trwa lot? Dlaczego jeszcze nie dolecieliśmy?
Są dla obsługi jak wrzód na tyłku, i dlatego może się zdarzyć, ze umęczeni takimi paniusiami pracownicy dosypują do jedzenia np laxigen czy inny specyfik :)
- inna grupa to "obsesyjni kontrolerzy porządku". Mają wciąż wymagania dotyczące miejsca na płaszcz, przestrzeni na nogi, extra miejsca dla walizki, która jest hand-bag ale nie mieści się w schowku u góry. Obrażają się, gdy się ich prosi o wyłączenie laptopa czy telefonu i próbują ostentacyjnie używać ich do ostatniej minuty. Ignorują personel, gdy są to kobiety albo w ich mniemaniu geje. To właśnie taki typ wstaje zawsze pierwszy, gdy samolot jeszcze kołuje po lądowaniu, narzeka na jakość jedzenia i zawsze chce dodatkowy ser, bułkę itp gdy już wszystko zostanie rozdane pasażerom.
Łatwiejsi w obsłudze są:
-pary, które podróżują w jakieś wymarzone miejsce i próbują opowiadać o tym personelowi przez całą podróż,
-zakochani, którym jest wszystko jedno dokąd lecą aby tylko razem i którzy próbują uprawiać seks w łazience
- biznesmeni, którzy w samolotowym duty free kupują perfumy i od razu wręczają je w prezencie stewardesom
-młodzi rodzice, którzy się wstydzą, ze ich dziecko potrzebuje dodatkowego koca...
Są tez opowieści o tym, co się dzieje, gdy ktoś z pasażerów ma zawał serca w trakcie lotu, albo po prostu ktoś umiera, bo i takie rzeczy się zdarzają....
Generalnie to mogłabym opowiadać i opowiadać o tej książce, ale nie mielibyście już o czym czytać. A przeczytać warto, naprawdę!
A potem wybrać się w podróż na wakacje i inaczej patrzeć na tych wszystkich ludzi pracujących na lotnisku, przy bagażach, w samolocie itp...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















