Żyję, ale co to za życie..
Wszystko się posypało.
Wszystko...
I ja się rozsypałam. Na drobniusieńkie kawałeczki.
Nie wiem czy jeszcze kiedyś się pozbieram...
Life
czwartek, 4 czerwca 2015
środa, 24 grudnia 2014
Secret Santa
Pamiętacie, jak pisałam kiedyś, że na instagramie robię codziennie jedno zdjęcie, które jest robione wg listy, które tworzy dziewczyna z Australii - Fat Mum slim.
Od dwóch lat na Święta Bożego Narodzenia organizuje ona wymianę prezentów tzw. "Secret Santa Gift Exchange". W tym roku po raz pierwszy także byłam uczestnikiem :)
Najpierw, na początku października trzeba się było u niej zarejestrować i zaznaczyć, czy chce się kupić prezent dla osoby z danego regionu : Europa, Ameryka, Australia, cały świat itp. Kwota prezentu została ustalona dla wszystkich w wysokości 25$ australijskich plus oczywiście koszty przesyłki. Potem wpłacało się dodatkowo 5$ australijskich na konto fundacji z Kenii, zajmującej się dziewczynkami poniżej 12 lat, które niestety maja za sobą smutne doświadczenia przemocy seksualnej.
Następnie każdy uczestnik dostał maila z danymi wylosowanej osoby do kupienia prezentu. Mi przypadła dziewczyna z Belgii. Powstała specjalna zamknięta grupa na fejsbooku, gdzie można było zadawać pytania (odnośnie ulubionych kolorów, hobby, książek, jedzenia itp), na które każdy odpowiadał. Nikt nie mógł oczywiście zdradzić się, kogo wylosował a cała ta grupa służyła właśnie do tego, aby w taki sposób "szpiegować" wylosowaną osobę :)
Wysyłka prezentów musiała być do 1 grudnia, aby na pewno prezent doszedł na czas.
To kupiłam ja:
Każda osoba, która już dostała prezent - pisała o tym na grupie i wklejała zdjęcie, aby Secret Santa wiedział, ze prezent na pewno doszedł. Niektórzy od razu otwierali, inni czekają do Świąt.
Ja czekam :) Mój prezent przyszedł z Londynu:
Jestem bardzo ciekawa, co mi kupił mój Secret Santa :)
Bardzo fajna sprawa, co nie?
Wszystkim Wam życzę Wspaniałych Świąt! Podobno śnieżne nie będą ale u nas w Rzymie też śniegu nie ma :D
Od dwóch lat na Święta Bożego Narodzenia organizuje ona wymianę prezentów tzw. "Secret Santa Gift Exchange". W tym roku po raz pierwszy także byłam uczestnikiem :)
Najpierw, na początku października trzeba się było u niej zarejestrować i zaznaczyć, czy chce się kupić prezent dla osoby z danego regionu : Europa, Ameryka, Australia, cały świat itp. Kwota prezentu została ustalona dla wszystkich w wysokości 25$ australijskich plus oczywiście koszty przesyłki. Potem wpłacało się dodatkowo 5$ australijskich na konto fundacji z Kenii, zajmującej się dziewczynkami poniżej 12 lat, które niestety maja za sobą smutne doświadczenia przemocy seksualnej.
Następnie każdy uczestnik dostał maila z danymi wylosowanej osoby do kupienia prezentu. Mi przypadła dziewczyna z Belgii. Powstała specjalna zamknięta grupa na fejsbooku, gdzie można było zadawać pytania (odnośnie ulubionych kolorów, hobby, książek, jedzenia itp), na które każdy odpowiadał. Nikt nie mógł oczywiście zdradzić się, kogo wylosował a cała ta grupa służyła właśnie do tego, aby w taki sposób "szpiegować" wylosowaną osobę :)
Wysyłka prezentów musiała być do 1 grudnia, aby na pewno prezent doszedł na czas.
To kupiłam ja:
Każda osoba, która już dostała prezent - pisała o tym na grupie i wklejała zdjęcie, aby Secret Santa wiedział, ze prezent na pewno doszedł. Niektórzy od razu otwierali, inni czekają do Świąt.
Ja czekam :) Mój prezent przyszedł z Londynu:
Jestem bardzo ciekawa, co mi kupił mój Secret Santa :)
Bardzo fajna sprawa, co nie?
Wszystkim Wam życzę Wspaniałych Świąt! Podobno śnieżne nie będą ale u nas w Rzymie też śniegu nie ma :D
piątek, 12 grudnia 2014
Jesień w Nowym Jorku.
No tak, zima już za pasem a ja wciąż w jesieni i to zeszłego roku! :D
Nie lubię jesieni, ale ta w NY oczywiście piękna ;-)
Najpierw był ulubiony Central Park.
Potem były spacery ulicami wśród wieżowców.
Atmosfera była już świąteczna, chociaż był to jeszcze listopad.
Popołudnie spędziliśmy na dachu słynnego Rockefeller Center na Top of the Rock . Można tez iśc na Empire State Building, bo observation deck jest wyżej (na 86 i 102 piętrze a na Top na 67, 69 i 70-tym), ale tam już kiedyś byłam z S. było wszystko jedno. Bilety kosztują tak samo na oba budynki 29$. Trochę drogo, ale warto.
Czynne jest do północy i nie ma limitu czasu- wjechaliśmy około 16 i byliśmy z 1,5 godziny, aby podziwiać widoki w świetle dnia, zachód słońca i nocą.
Wieczorem była kolacja w fajnej restauracji, ale oczywiście nazwy już nie pamiętam :)
Po drodze zahaczyliśmy o Ed Sullivan Theater, gdzie nagrywają nasz ulubiony program David Latterman Show. Szkoda, ze Davida nie było w pobliżu..
Nie lubię jesieni, ale ta w NY oczywiście piękna ;-)
Najpierw był ulubiony Central Park.
| Mój ulubiony pomnik - Alicja w krainie czarów. |
Popołudnie spędziliśmy na dachu słynnego Rockefeller Center na Top of the Rock . Można tez iśc na Empire State Building, bo observation deck jest wyżej (na 86 i 102 piętrze a na Top na 67, 69 i 70-tym), ale tam już kiedyś byłam z S. było wszystko jedno. Bilety kosztują tak samo na oba budynki 29$. Trochę drogo, ale warto.
Czynne jest do północy i nie ma limitu czasu- wjechaliśmy około 16 i byliśmy z 1,5 godziny, aby podziwiać widoki w świetle dnia, zachód słońca i nocą.
| Najpierw na niższym piętrze |
![]() |
| Niższe piętro. |
![]() |
| Widok na Central Park |
![]() |
| na środku Empire State Building |
Wieczorem była kolacja w fajnej restauracji, ale oczywiście nazwy już nie pamiętam :)
Po drodze zahaczyliśmy o Ed Sullivan Theater, gdzie nagrywają nasz ulubiony program David Latterman Show. Szkoda, ze Davida nie było w pobliżu..
niedziela, 30 listopada 2014
New York I love you!
Mówi się, że Nowy Jork można albo kochać, albo nienawidzić.
Ja kocham! <3
Mój S. - raczej nie cierpi.. ehhh... Zresztą, jak wielu innych ludzi, co akurat mnie wydaje się dziwne ;-)
Dla mnie Nowy Jork to miejsce tętniące życiem, pełne ludzi, kultur, języków, tradycji, smaków i zapachów. Od zawsze, od pewnie czasów dorastania - był moim marzeniem. Aby móc tam kiedyś postawić stopę, zobaczyć wszystko z bliska, poczuć, dotknąć. Za każdym razem, gdy widziałam Nowy Jork w jakimś filmie, marzyłam, żeby tam kiedyś pojechać.
Mój pierwszy raz był w 2002, gdy pojechałam na rok do Stanów jako Au Pair. Lot z Polski był do NY, bo tam, w jednym kampusie szkolnym było najpierw tygodniowe szkolenie wszystkich dziewczyn z całego świata. I tam zrobiono dla nas wycieczkę do centrum. Nie wierzyłam własnym oczom, widząc Times Square, Manhattan, widok z Empire State Building i Statuę Wolności w dali. To było zaledwie kilka godzina a ja już się zakochałam w tym mieście :)
Nie wyobrażałam sobie, że jeszcze w przeciągu roku wrócę tutaj dwa razy. Najpierw w lecie, z rodziną amerykańską u której opiekowałam się dziećmi - przyjechaliśmy do dziadków, ale ja dostałam dwa dni wolnego na zwiedzanie. Była ze mną siostra, która przyjechała mnie odwiedzić. Mieszkałyśmy w motelu w centrum, popłynęłyśmy na wyspę, gdzie jest Statua Wolności, byłyśmy oglądać szczątki WTC i w Madame Tussauds Museum.
Potem, zimą znowu wróciłam - tym razem ja odwiedzałam drugą siostrę, która mieszkała w Connecticut u rodziny, której dziećmi się opiekowała. Pojechałam do niej w odwiedziny i oczywiście pociągiem podjechałyśmy na dzień do NY. Ona też jest w nim zakochana :)
Czwarty raz to było lato 2006. Pojechałam odwiedzić "moją" amerykańską rodzinkę w Waszyngtonie DC i przy okazji w Nowym Jorku- dwie koleżanki z bloga: Agę i Swert :) Znowu połaziłam, a przy okazji zgubiłam się w Chinatown z wielką walizką a nikt z tych Chińczyków praktycznie nie mówił po angielsku! Jak oni mogą tam żyć tak wiele lat? :)
No i teraz był piąty raz. Tym zrazem z moim S. Byłam przekonana, ze gdy się znajdzie razem ze mną na Times Square i zobaczy te wszystkie neony,światła, ruch, ludzi- to się zakocha tak samo, jak ja.
A on powiedział: "Boże! Nigdy w życiu nie widziałem tylu ludzi w jednym miejscu, idących w różne strony bez żadnego celu! Toż to gorzej, niż w Rzymie przed Świętami!" Pufff... Urok minął :)
Pewnie myślicie: "Jak można nie lubić NY?" No cóż, nawet sami Amerykanie są podzieleni. Wielu z nich- między innymi mąż mojej przyjaciółki- twierdzą, ze to miasto jest brzydkie, brudne, chaotyczne, zakorkowane, zatłoczone, pełne ludzi i różnych tzw "ludzkich elementów". No po prostu syfiaste, śmierdzące i do tego niebezpieczne.
No cóż, trochę w tym prawdy jest. Oczywiście centrum miasta wygląda inaczej, niż pozostałe dzielnice czy przedmieścia, ale moim zdaniem jest tak w większości wielkich miasta na każdym świecie.
No cóż, trudno- ja tam NYC będę kochać zawsze a S. nie musi ;-)
Musicie sami zdecydować, kochać, czy nie?
Widok z okna naszego pokoju w hotelu mieliśmy taki:
Ja kocham! <3
Mój S. - raczej nie cierpi.. ehhh... Zresztą, jak wielu innych ludzi, co akurat mnie wydaje się dziwne ;-)
Dla mnie Nowy Jork to miejsce tętniące życiem, pełne ludzi, kultur, języków, tradycji, smaków i zapachów. Od zawsze, od pewnie czasów dorastania - był moim marzeniem. Aby móc tam kiedyś postawić stopę, zobaczyć wszystko z bliska, poczuć, dotknąć. Za każdym razem, gdy widziałam Nowy Jork w jakimś filmie, marzyłam, żeby tam kiedyś pojechać.
Mój pierwszy raz był w 2002, gdy pojechałam na rok do Stanów jako Au Pair. Lot z Polski był do NY, bo tam, w jednym kampusie szkolnym było najpierw tygodniowe szkolenie wszystkich dziewczyn z całego świata. I tam zrobiono dla nas wycieczkę do centrum. Nie wierzyłam własnym oczom, widząc Times Square, Manhattan, widok z Empire State Building i Statuę Wolności w dali. To było zaledwie kilka godzina a ja już się zakochałam w tym mieście :)
Nie wyobrażałam sobie, że jeszcze w przeciągu roku wrócę tutaj dwa razy. Najpierw w lecie, z rodziną amerykańską u której opiekowałam się dziećmi - przyjechaliśmy do dziadków, ale ja dostałam dwa dni wolnego na zwiedzanie. Była ze mną siostra, która przyjechała mnie odwiedzić. Mieszkałyśmy w motelu w centrum, popłynęłyśmy na wyspę, gdzie jest Statua Wolności, byłyśmy oglądać szczątki WTC i w Madame Tussauds Museum.
Potem, zimą znowu wróciłam - tym razem ja odwiedzałam drugą siostrę, która mieszkała w Connecticut u rodziny, której dziećmi się opiekowała. Pojechałam do niej w odwiedziny i oczywiście pociągiem podjechałyśmy na dzień do NY. Ona też jest w nim zakochana :)
Czwarty raz to było lato 2006. Pojechałam odwiedzić "moją" amerykańską rodzinkę w Waszyngtonie DC i przy okazji w Nowym Jorku- dwie koleżanki z bloga: Agę i Swert :) Znowu połaziłam, a przy okazji zgubiłam się w Chinatown z wielką walizką a nikt z tych Chińczyków praktycznie nie mówił po angielsku! Jak oni mogą tam żyć tak wiele lat? :)
No i teraz był piąty raz. Tym zrazem z moim S. Byłam przekonana, ze gdy się znajdzie razem ze mną na Times Square i zobaczy te wszystkie neony,światła, ruch, ludzi- to się zakocha tak samo, jak ja.
A on powiedział: "Boże! Nigdy w życiu nie widziałem tylu ludzi w jednym miejscu, idących w różne strony bez żadnego celu! Toż to gorzej, niż w Rzymie przed Świętami!" Pufff... Urok minął :)
Pewnie myślicie: "Jak można nie lubić NY?" No cóż, nawet sami Amerykanie są podzieleni. Wielu z nich- między innymi mąż mojej przyjaciółki- twierdzą, ze to miasto jest brzydkie, brudne, chaotyczne, zakorkowane, zatłoczone, pełne ludzi i różnych tzw "ludzkich elementów". No po prostu syfiaste, śmierdzące i do tego niebezpieczne.
No cóż, trochę w tym prawdy jest. Oczywiście centrum miasta wygląda inaczej, niż pozostałe dzielnice czy przedmieścia, ale moim zdaniem jest tak w większości wielkich miasta na każdym świecie.
No cóż, trudno- ja tam NYC będę kochać zawsze a S. nie musi ;-)
Musicie sami zdecydować, kochać, czy nie?
Widok z okna naszego pokoju w hotelu mieliśmy taki:
![]() |
| W nocy |
![]() |
| W dzień |
W następnym odcinku opowiem, co widzieliśmy.
PS. Tak, wiem, że ta podróż była rok temu,
w listopadzie. Ale nigdy nie napisałam o NYC a obiecałam, więc jest :)
poniedziałek, 13 października 2014
Bez tytułu...
Życie toczy się dalej, słońce codziennie wschodzi i zachodzi jakby nigdy nic. Minął już miesiąc..
I jak to było?:
"...I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca
Lecz widać można żyć bez powietrza...."
I jak to było?:
"...I nic. Jestem może bledsza,
Trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca
Lecz widać można żyć bez powietrza...."
Bo żyć trzeba dalej. I muszę być oparciem dla mojego S., bo ja czuję się dużo lepiej a on jednak nie..
Czas jest jednak najlepszym lekarstwem, chociaż pamięć zostanie na zawsze.
Czas jest jednak najlepszym lekarstwem, chociaż pamięć zostanie na zawsze.
Dziękuję Wam wszystkim za wszelkie dobre słowa. Za komentarze, które nie opublikowałam, bo każdy z nich był przeznaczony tak bardzo dla mnie. Za wszystkie ciepłe maile. Przepraszam, jeśli komuś nie odpisałam później, ale były dni gorsze i lepsze.. jednak każde Wasze słowo bardzo mi pomagało..
Miło było się dowiedzieć, że jest tylko osób, które mnie czytają, nawet w ciszy.
Dziękuję Wam wszystkim za to, że jesteście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















